Kozak z uśmiechem, dzieląc sylaby wyrazów, zażartował:
— Cze-ła-wiek! Nie małpa? Cha-ra-szo! Ale dokąd jedziecie?
— Przed siebie... w świat.
— W świat! Charaszo! Ale skąd?
— Ze świata.
Dwa odmienne typy, dwie rasy, dwie różne, lecz równe sobie młodzieńcze urody. U obu wzrastało, coraz goręcej kipiało to, co starzy Latyni wyrazili w przysłowiu: homo homini lupus est. Oczy ich, jak sztyletami pojedynkujące się spojrzeniami, nabierały połysków wilczych.
— Ze świata? Nie; nie ze świata, ale od mia-tież-nikow... od mia-tieżni-kow, do których jeździliście z ostrzeżeniem...
Mówił z wolna, dzielił sylaby wyrazów, słowa syczały mu w ustach, których uśmiech urągał, wyzywał.
— Tak — odpowiedział tamten — to prawda. Byłem w obozie powstańców i stamtąd jadę.
Słowa te wypadły mu z piersi od burzy uczuć wzdętej; szafirowe czy, roziskrzone, patrzały prosto w stronę przeciwnika.