Pan Gustaw w obie błogosławiące ręce ją całował i razem żegnał się. Czasu nie miał, odjechać musiał. Ona cicho go zapytała:
— Kiedy?
— Jutro — równie cicho odpowiedział.
Słowa te dosłyszała Inka i gdy pan Gustaw rękę na pożegnanie jej podawał, anielsko w twarz mu patrząc wyszeptała:
— Konfederatkę pana sama własną ręką uszyłam... szafirowa z białym barankiem...
Uśmiechnął się i podziękował, ale obojętnie jakoś, z roztargnieniem. Anielskie spojrzenia tak pięknej jak Inka dziewczyny dziś władzy nad nim nie miały. Ona spostrzegła to i różowe usta jej wydęły się jak u zmartwionego dziecka, a przez głowę przewinęła się myśl: „Jacy oni teraz zrobili się nudni!... Nieznośni!...”
Pani Teresa zaś, jakby nic ważnego nie zaszło i zajść nie miało, już śpieszącym się, szerokim swym krokiem do domu wchodziła.
— Głodni musicie być... pora jeść obiad... pójdę pomóc Teleżukowej, aby prędzej było...
Zaledwie odeszła, Inka obróciła się ku Julkowi, który milcząc przy słupie ganku stał i wdzięcznie ku niemu pochylona wpatrywała się w niego z wyrazem takiego podziwu i uwielbienia, jakby z nieba tylko co zleciał, jakby nadprzyrodzonym zjawiskiem w tej chwili jej się wydawał, aż nagle ramiona ku niemu wyciągając zawołała:
— O, bohaterze mój! Bracie! Jakaż to duma, jakie szczęście mieć brata bohatera, brata, który...