— Mój Julku! Ty nie rozumiesz mnie, ty mnie nigdy zrozumieć nie chciałeś... Ja przecież niczym mamy nie martwię... Ja kiedy jestem w domu, to wszystko, co trzeba, robię, choć te wieczne zachody i kłopoty, całe to życie w Leszczynce... Czyż ty, Julku, nie rozumiesz tego? Moje myśli, moje marzenia... Czyż ty tego nie rozumiesz? Mnie trzeba innego życia...
— Ależ rozumiem, rozumiem — przerwał Julek i wstając z ławki mówił jeszcze:
— Po deklamacji nastąpiła deklinacja zaimka osobowego: ja, mnie, dla mnie. Ej! Niewysoko, Inko, i niedaleko lecą myśli i marzenia twoje. Nic tu mówienie twoje nie pomoże, bo serduszko twoje uszek nie ma! Chodźmy lepiej na obiad!
Wkrótce po obiedzie Julek braci młodszych zawołał, aby z nim na przechadzkę w pole poszli. Chłopcom, gdy usłyszeli to wołanie, aż oczy zabłyszczały i Olek nagle jak piwonia zaczerwieniony do Janka szepnął:
— Może nam co ważnego powie, może na koniec przekonał się, że my nie... bębny i przynajmniej wiedzieć o wszystkim powinniśmy.
A Janek z przybladłą nieco twarzą wyprostował się i odpowiedział:
— Może powie, abym z nim szedł...
Olek zatrząsł się cały.
— A ja? A ja? A ja?
Starszy z uczuciem wyższości zrazu na młodszego spojrzał, ale potem coś tkliwego zaświeciło mu w oczach i ruchem opiekuńczym, niemal ojcowskim dłoń swą szczupłą i nerwową na głowie Olka położył.