— Nastka! Spać się kładnij!
I tylko gdy ku drzwiom izby swojej z pochyloną twarzą zwrócił się, na krótką, na króciutką jak sekunda chwilę w sennym oku jego błysnęła ironia.
Z tej strony, ze strony, o której pani Teresa tak długo dziś prawiła, dusza chłopska posiadała wzrost stłumiony, była ślepa, głucha, niema...
Pani Teresa stała chwilę jeszcze pośrodku kuchni, z czołem nagle w kilka fałd zmarszczonym i wzrokiem wbitym w ziemię, a za nią stał na ścianie czarny cień jej i z pochyloną także głową w ziemię patrzał.
Wzięła potem lampkę ze stołu i przyświecając nią sobie do sypialni córek poszła. Maleńkie spały głęboko w białych pościołkach swych, różowe i spokojne, Inka, na wpół rozebrana, w głębi izdebki wąskiej i długiej przed lusterkiem włosy sobie na loki zawijała, pasemka ich dokoła szmatków papieru okręcając.
Mnóstwo już białych papierowych strąków sterczało nad połową jej głowy, gdy z drugiej połowy na obnażone, alabastrowo białe ramię złota fala spływała swobodnie i obficie. Była tak w zajęciu swym pogrążona, że wejścia matki nie spostrzegła, zaś pani Teresa w progu ze swoją lampką stojąc i na nią patrząc z politowaniem drwiącym trochę, a trochę żałosnym, głową wstrząsała.
— Także robota! — głośno burknęła i cofnęła się z progu ze stukiem drzwi za sobą zamykając.
Nazajutrz do Władysława Orszaka o dwie mile od Leszczynki mieszkającego pojechała. Przed wyjazdem do córki rzekła:
— Muszę po wiadomość pojechać... Rady sobie inaczej nie dam... Julek mówił, abym się w każdej potrzebie do pana Orszaka udawała i że on zawsze najwięcej o wszystkim wiedzieć będzie. A ty, Inka, nie siedź z założonymi rączkami; wyręcz mnie, maleńkich popilnuj, sukienkę Ludwinki napraw... wczoraj ją porozdzierała.
Na bryczkę parą koni zaprzężonych i przez Teleżuka powożoną siadła i pojechała, a niewiele przed wieczorem wróciła z twarzą w ogniu i rękoma, które gdy muślinową chustę swą z głowy zdejmowała, widocznie drżały. Do spotykającej ją na ganku Inki rzuciła się z łagodnym szeptem: