— Co? — krzyknęła pani Teresa.
— Z obowiązku przyjechałem oznajmić... raniony...
— Jezus, Maria!
Teraz on obie ręce jej w dłonie swe ujął i mocno je ściskał.
— Raniony ciężko...
Pani Teresa szeroko otworzonymi oczyma patrzała mu w twarz, która pod jej wejrzeniem w otoczeniu ciemnego zarostu bladła. I oczy męskie, znużone powlekły się szkliwem.
Po izbie rozległ się przeraźliwy kobiecy krzyk:
— Zabity!
Zaprzeczenia nie było.
Wyrwała ręce z rąk Orszaka i przez izbę szła, nie wiedzieć w jakim celu ku drzwiom izdebki swojej, oczyma suchymi, z ustami rozwartymi szła, aż w pobliżu drzwi tych na ziemię upadła. Teraz to już nie oparła się mocy wewnętrznej i nawet o opieraniu się jej nie pomyślała. Runęła jak długa z ramionami rozkrzyżowanymi, z palcami tak wpitymi w deskę grubej podłogi, jakby jej w niej pogrążać, jakby ją nimi rozdzierać usiłowała. Głowa jej czołem o podłogę uderzyła i potem nieruchomą pozostała, a tylko z piersi dobywać się począł dźwięk bez słów, nieustanny, dziwny, do tego podobny, jaki wydaje czasem nad rozłogami białych śniegów wyjący wiatr zimowy...