I ciężkie ciało kobiece, w szarej, szorstkiej sukni, z rozplecionymi na plecach wspaniałymi włosami, nad ziemię dźwigać się poczęło. Z nieszczęścia i przerażenia jednego podnosiło je inne nieszczęście i przerażenie. Teleżuk ujął je w dwie wielkie dłonie i stanąć na nogach mu dopomógł.
— Olek raniony?
— A toż.
— Ciężko?
— Pewno nie, bo ot tu!
Na ramieniu swym ukazał miejsce, gdzie odzież chłopca miała czerwoną plamę.
— Wyzdrowieje... Bóg da... Ale to detyna... kiedy boli, to matki woła... i Janek bardzo płakał...
— Robaki! Skarby moje! Teleżuk! Konie zakładaj! Inka, składaj rzeczy!
Wtem dwie drobne istotki przez Teleżukową do izby wepchnięte, dwa cienkie, żałosne czegoś głosiki:
— Mamciu! Matuchno! Mamusiu!