— A prawda! Toż to wy dziś nic jeszcze nie jadły! Toż ja o was zapomniałam. A biednieńkie wy moje, mileńkie... głodne... Chodźcie prędzej, chodźcie do domu, chodźcie...
Raźnie już, szerokim krokiem iść zaczęła, a przed nią dwa maleństwa szybko po zielonej trawie bosymi stopkami przebierały, wkrótce też przez boczne drzwi domu do małej sionki wbiegły. Ale panią Teresę wejść tam za nimi mającą w progu ogarnęły i prawie nad ziemię uniosły męskie jakieś ramiona i nim opamiętać się zdołała, po sionce ją okręciwszy, do przyległego pokoju walcowym krokiem wciągnęły. Przy tym głos młodzieńczy, wesoły wołał:
— Dzień dobry mamci! Dzień dobry matuchnie! Jak matuchna ma się?
I kręcąc się z nią jeszcze po pokoju, śmiał się:
— Cha, cha, cha!
A ona zdyszana i z twarzą w ogniu krzyczała:
— Puść, Julek! Ach, ty swawolniku, wariacie, nicponiu! Puść, mówię, bo tchu już nie złapię...
I tak samo jak on śmiała się:
— Cha, cha, cha!
Aż gdy wypuścił ją z objęć, ku drzwiom od kuchni skoczyła i krzyknęła: