Drzwi otworzyły się i stanęła w nich Janina, cała różowa. Miała na sobie codzienną suknię z blado-różowego perkalu, a po raz już drugi o tej samej porze ujrzawszy tu Czesława, od białych muślinów otaczających szyję po brzegi jasnych włosów, oblała się blado-różowym rumieńcem. Lecz łuna ta zgasła prędko. Z uprzejmym uśmiechem postąpiła ku gościowi, rękę mu na dzień dobry podając. Powitali się jak zwykle: uprzejmie, lecz obojętnie, poczem zamieniali przez chwilę pospolite zdania o wczesnem wstawaniu ze snu, o cudnej pogodzie, o nagle przez dni kilka i z bogactwem niesłychanem rozkwitłych jaśminach. Janina uczyniła ruch do odejścia, ale on nagle i prędko, bez prośby w głosie, owszem, prawie szorstko, rzekł:

— Niech pani na chwilę zostanie. Chciałem panią zapytać...

Zawahał się, bo właściwie o nic jej zapytywać nie zamierzał, a ona, zdziwiona nieco brzmieniem jego głosu i nagłem przerwaniem mowy, bez chwili wahania odpowiedziała:

— Nie mogę teraz, muszę iść...

Spojrzała na zegarek.

— Już późno! Zaspałam dziś trochę...

Uprzejmie skinęła głową i szła ku drzwiom.

Czesław, ani kroku za nią nie czyniąc, zapytał:

— Dokąd zawsze tak wcześnie i tak spiesznie?

Od drzwi już odwróciła głowę i z wesołym uśmiechem odpowiedziała: