Patrzały przez chwilę na tarczę słoneczną, wyraźnie obrysowaną wśród bladego błękitu, nad wierzchołkami lasu, zapalającymi się u jej ognistego rębu. Potem, obróciły ku sobie twarze i uśmiechając się popatrzyły sobie w oczy, które zaszły łzami. Ale były to krótkotrwałe łzy radości.

Usiedli wszyscy dokoła stołu, weseli i mówni, Janina wbiegła do wnętrza domu i po kilku minutach wróciła, mówiąc, że Matusia czuje się bardzo dobrze, kilka godzin przesiedziała dziś na słońcu, pochwaliła ją za długą przechadzkę i dobre wyglądanie, pije teraz herbatę i prosi, aby pan Czesław po herbacie ją odwiedził. Przy ostatnich słowach spojrzeli na siebie oczyma, z których strzeliły gorące błyski i nie wiedzieć czemu zaśmieli się do siebie. Ale Czesław zaraz zwrócił znowu twarz ku bratu, który opowiadał o jakiejś tylko co ukończonej pracy swojej, a Krysia wzięła Jurka na kolana i śmiejąc się, rumiany policzek dziecka przysunęła do samych ust mężowskiego brata, gdy zaś on z roztargnieniem go pocałował, uczuł jakiś mały ciężar na ramieniu. Były to dwie czerwone łapki Ewci, która do ucha mu szeptała:

— Niech stryjek i Ewcię także trochę kocha!

Gwarnie uczyniło się na ganku o cichem przedwieczerzu, w które jesienne przeźrocza drzew liściastych rzucały złote i bronzowe plamy. Połowa tarczy słonecznej stała jeszcze nad lasem, a druga, już niewidzialna, pozłociła podszewki liści i podnóża sosen. U słupów ganku kwitło jeszcze trochę ognistych nasturcyi, w przeźroczach lasu majaczyły liliowe wrzosy. Powietrze było pełne ciepłych wspomnień lata i rozlewnej tęskności rzeczy obumierających i pobladłych.

Na tle jesiennem, tak jak przedtem na letniem, dom leśny, z gwarzącą na jego ganku gromadką ludzi, wydawał się obrazem sielanki, pełnej wdzięku. Jakby aniołowie niewidzialni rozpinają na nim skrzydła cichych radości i dobrych nadziei.

Wtem, w dalekiej dali leśnej coś jęknęło, umilkło i zajęczało znowu ostro, przeciągle, raz, drugi, trzeci.

Nikt tego zrazu nie usłyszał; Jerzy kończył rozpoczęte przedtem opowiadanie, a gdy skończył i umilkł, nikt przez chwilę nie mówił nic, tylko Czesław i Janina, pochyleni ku sobie, z oczyma w oczach, zamieniali się kilku cichemi słowy.

Wtedy właśnie to coś, które przybywało z dalekiej dali, zaczęło stawać się coraz bliższem, nieustannem: jęczało żałośnie, wydawało dźwięki metaliczne, przewlekłe, to krótkie, zdawało się wyrzekać, płakać, przywoływać.

Coś z dalekiej przestrzeni przybywało, coś coraz prędzej drogą leśną biegło ku sielance, zatopionej w jesiennych przeźroczach drzew, w nadziejach dobrych, w cichej radości.

Jerzy przysłuchiwał się chwilę, a potem rzekł: