— Cieszy mię to niewypowiedzianie, Wszakże1 to siostra twoja, Krysiu, i doprawdy bardzo miły jest ten doktorek nasz w różowej sukience.

Znowu zaśmieli się wesoło.

Na ganek weszła niemłoda służąca, wysoka, barczysta, z twarzą szeroką, płaską, dobroduszną, trochę też pomarszczoną i z tak powolnemi, że prawie majestatycznemi ruchami, poczęła stół do wieczerzy nakrywać.

— Nie widziałaś, Dębsiu, co robi matusia?

— Siedzi w swoim pokoju przy oknie i książkę czyta. Już mówiłam, że o zachodzie słońca nie trzeba czytać, bo oczy od tego bolą... ale nie, czyta.

— Nieposłuszna! — żartował Jerzy.

Dębsia, powoli wyraz po wyrazie wymawiając, odcięła się jednak.

— I pan, dzieckiem jeszcze będąc, nieraz mnie słuchał i wychodził na tem dobrze.

Krysia podskoczyła i gęste pnącze pomiędzy słupami ganku nieco rozchylając, zapytała:

— Czy matusia przyjdzie do nas na wieczerzę, czy zanieść ją do pokoju?