— Teraz dopiero, kiedy wszystkie nieszczęścia na ciebie się zwaliły, czuję, jak okropnie chciałbym, abyś choć troszkę szczęścia skosztowała, abyśmy choć nigdy nie rozłączali się z sobą. Ale cóż? pobrać się jeszcze teraz nie możemy..

Uśmiechnął się smutnie.

— Pałacu, widzisz, kosztownego żadnego nie mam zbudowanego... matkę musimy do siebie wziąć, ale aby liczniejszą gromadą módz żyć, ani myśleć jeszcze. Nie tak tam świetnie, jakeśmy sobie ze Stasiem wyobrażali... Że kiedyś lepiej będzie, to pewna ale poczekać trzeba...

Z niepokojem na nią patrzał.

— Czy dasz sobie rady z chorą matką na karku, jeszcze rok, dwa?

— Ależ naturalnie! — zawołała.

— Poczekasz rok... dwa?...

— Mój Olesiu rzekła po krótkiem milczeniu — ja pracy nigdy nie lękałam się, ani biedy... ale pracować choćby najciężej i znosić choćby największą biedę, z myślą i z tą pewnością, że ty mnie kochasz, że ty o mnie myślisz, że choć czasem zobaczymy się, a kiedyś zawsze już będziemy z sobą... to takie szczęście... szczęście!

Takiem to dla niej szczęściem istotnie być miało, że teraz, mówiąc o niem, rozpromieniła się i poróżowiała, a cudowny uśmiech zachwycenia i słodyczy usta jej rozwierał.

On też uśmiech ten z ust, a resztę ognia, którym płacz oczy jej rozpalił, z powiek jej zcałował, lecz potem znów nieco schmurzony zaczął: