Aleksander ukląkł i Jadwigę za sobą pociągnął

— Pobłogosław nas, mamo — rzekł. — Jadzia jest narzeczoną moją, i ja nigdy jej nie porzucę.

I gdy oboje całowali jej rękę — nie tę na zawsze bezwładną i bandażami owiniętą, ale drugą — na jej znędzniałej, ponurej twarzy błysnęło światełko pociechy.

— To dobrze — zaczęła. — Jezus, Marya, dobrze! dobrze! Niech was Bóg błogosławi...

Potem błagające, trwożne, rozpaczą napełnione oczy ku Olesiowi zwracając, daleko prędzej niż przedtem i głośniej, wyraźniej mówić zaczęła:

— Ale ty, Olesiu, pojedziesz do nich, zobaczysz ich... Władka... pocieszysz... może mu troszkę pieniędzy dasz.. bo on biedak... pewno głód znosi... a Józiowi powiesz, że ja zakazuję, błagam, na prochy ojca zaklinam... pod błogosławieństwem zakazuję.. Zrób to... mój złoty...

Stopniowo głos podnosiła:

— Powinieneś to zrobić... bo śmierć, niedola, choroba... zięciem moim będziesz... mężem Jadwigi... ich siostry... Robaczki moje, niech przekonają się przynajmniej, że familia... Jezus, Marya.... dba o nich, pamięta... Zrób to, Olesiu... powiedz, że zrobisz... na rany boskie zaklinam, abyś zrobił.. A jeżeli nie zrobisz... jeżeli nie zrobisz...

Język jej plątał się, bełkotać znowu zaczynała, lecz siła jakaś gwałtowna piersią jej zatrzęsła, a ogień rozpaczy i zarazem złości w oczy rzuciła. Bezwładnie jakoś, dziwnie przykro targnęła się na łóżku i przeraźliwie krzyknęła:

— Przeklnę!