— Ginejkowie! Staś i Oleś! Jezus Marya! To wy... doprawdy wy?... Przypomnieliście sobie o nas! Ktoś na świecie przypomniał sobie o nas! Śmierć, utrapienie, męka, zgryzota... kochani chłopcy!...
Ramiona Szyszkowej, w rękawach kawowego koloru, objęły szyję Stasia, a ustami, temi ustami, które od tak dawna zaciskały się tylko od gniewu lub słone łzy z oczu ciekące połykały, przylgnęła do jego czoła. Oleś zaś, Jadwigi ręce w swoich trzymając i w oczy jej patrząc, zapytał:
— Czy można podawnemu Jadzię pocałować? Tyle lat nie widzieliśmy się z sobą, to może już nie można?
Przez chwilę, z trochą niepokoju i zawstydzenia, patrzała w jego siwe, serdecznie na nią patrzące oczy.
— Można — rzekła nakoniec z uśmiechem, i zapłonione czoło do pocałunku mu podała.
III
Wesołość, gwar, rozmowy, wzajemne zapytania, przypomnienia dawnych czasów, słowem blask słońca i świegot ptaków, nagle powstałe w posępnej i głuchej ciemnicy — wszystko to było dobre, piękne, miłe, ale... co będzie z wieczerzą, na którą krewnych, jak z nieba spadłych, koniecznie zaprosić trzeba? Gdzie oszczędnie na dwie osoby gotowano, tam cztery nasycić się nie mogą, szczególniej gdy w ich liczbie znajdują się dwaj młodzi, tędzy, przed godziną z wagonu wysiedli chłopcy!
Szyszkową chwilowy dobry humor znowu zupełnie opuścił. Ponuremi oczyma patrzała na wazkę z trochą ostygłej już zupy, a zaciśnięte jej usta w prawo i lewo poruszać się zaczynały.
Ale przybliżyła się do niej Jadwiga i, korzystając z chwili, w której przybyli zdejmowali i na wieszadłach umieszczali swoje kożuszki, prędko szepnęła:
— Niech mama tymczasem zupę do kuchni odniesie, a ja do miasta pobiegnę. Wszystkiego, co trzeba, w żydowskich sklepach dostanę. Samowar niech mama nastawi.