Szyszkowa z kuchni odpowiedziała:

— Proszę tu nie wchodzić. Jezus Marya! Tu nieporządek taki! Bieda, męka, wstyd...

— To ja babunieczce uporządkować pomogę... A może w czem dopomódz? wody przynieść? ogień rozpalić? rondle wyszorować? podłogę zamieść? Wszystko potrafię! Jak Boga kocham, potrafię!

Z temi słowami był już w kuchni, i przedewszystkiem Szyszkową, która suszone śliwki pośpiesznie gotować zaczynała, w pół objął, i nietylko w ręce, ale w szyję i twarz całował.

— Oleś przepraszać kazał! Przepraszam, babunieczko! za to, że narobiliśmy ambarasu... Przepraszam, babunieczko...

— A puśćże! A dajże mnie pokój! Jezus Marya! trzpiocie ty jakiś, będziesz ty mnie jak swoją równą wycałowywał... garnek ze śliwkami łokciem wywrócisz! Jezus Marya! Złość, utrapienie, choroba, bieda!

Po raz pierwszy od lat wielu pierś jej i wargi nie od gniewu drżały, ale od śmiechu.

— Cóż mam teraz robić, babuniu?

— Drzewa pod maszynkę przyrzucać... bo ogień słaby... Tam, za piecem, narąbane drzewo leży... Jezus, Marya! plaga egipska! Pieca nie widzisz przed sobą, czy co? No, za piecem, nie poniemiecku mówię, że za piecem..

Z wiązką polan w ramionach Staś zza pieca się wydobył i, przyklęknąwszy, ogień żywo rozpalać zaczął.