— Bardzo dobrze — odrzekła.

Przed nikim, nawet przed tym krewnym i towarzyszem dzieciństwa swego skarżyć się nie mogła i nie chciała; ale, gdy z podniesioną twarzą stała przed nim, Aleksander głęboko patrzał w jej, trochę chmurne i śmiałe oczy.

— Jak Boga kocham! — zcicha zaczął — jak dawniej byłaś dla mnie miłą i sympatyczną, tak i teraz jesteś... jeszcze więcej!... Taka z ciebie zrobiła się kobieta, taka jakaś...

— Jakaż? — zaśmiała się.

— Samodzielna! — zawołał; a ciszej znowu dodał: — I wyładniałaś!

— Czy taką brzydką byłam wprzódy? — śmiejąc się ciągle, pytała.

— Nie, nie to! nie byłaś brzydką! ale jakże to powiedzieć?... Staś! popatrz-no na Jadzię! Nieprawdaż, że od czasu, jakeśmy jej nie widzieli, wyładniała? Ale co jej takiego przybyło? No, przypatrzże się, przez co ona tak wyładniała?

Teraz już obaj, porzuciwszy trudy kuchenne, osobę jej formalnemu egzaminowi poddawali, a ona coraz prędzej i w coraz nierówniejsze kostki ser i chleb krając, śmiać się i gniewać próbowała, lecz radość i rozrzewnienie biły z rumieńców i blasku jej oczu. Jakto? nią, nią właśnie zajmowano się tak przyjaźnie! jej tak pochlebne słowa mówiono? Działoż się to doprawdy na jawie?

— Już wiem! — zawołał Stanisław: — Jadzia schudła i dlatego wyładniała.

— Pleciesz! — z przekąsem odrzucił brat — nie dlatego, że schudła, ale dlatego, że nabrała wyrazu twarzy...