— Złość! nieszczęście! zgryzota! choroba! co on plecie? — zamruczała Szyszkowa.

— Kto to ze złości po pokoju latał? — z niejakiem zaciekawieniem zapytał Aleksander, a ciekawość jego wzrosła jeszcze, gdy spostrzegł, że na twarz Jadwigi wytrysnął ognisty rumieniec, z którym porwała się z krzesła, przybyłego za rękę pochwyciła, do stołu go pociągnęła i z gorączkowym prawie pośpiechem mówiła:

— No, usiądź, Ignasiu, i zjedz z nami obiad... bo u matki go dziś nie dostaniesz... Matka twoja u nas... Siadajże! przestańże tak patrzeć na mnie i chichotać! Siadaj i jedz!

Czuć było, że zaczynała już się gniewać; szło jej o to, aby chłopcu jedzeniem usta zamknąć! On, nieśmiały i niezgrabny, wzdragał się i, patrząc na krzesło, które Jadwiga mu wskazywała, gapiowato mówił:

— Może ja pójdę do kuchni... do mamy...

— Jezus, Marya! Plaga egipska! siadajże, kiedy ci mówią! — krzyknęła Szyszkowa.

Na ten rozkaz, jakby sprężyna jakaś w nim się ugięła, tak nagle usiadł, lecz z nożem i widelcem zawieszonemi nad talerzem i sporym kawałem smażonej kiełbasy, jeszcze swoje czarne świdrujące oczka w Jadwigę wpatrzył i zachichotał.

— Ależ klasnęło! chi... chi... chi!... Człowiek dalibóg myślał, że kto z bata palnął!

Ginejkowie parsknęli śmiechem, jakkolwiek starszy z nich wydawał się słowami gapiowatego chłopca trochę zaniepokojonym. Jadwigi brwi marszczyły się i drgały, oczyma usiłowała dawać Ignasiowi stanowcze i gniewne znaki porozumienia. Szyszkowej wargi i koniec nosa od zniecierpliwienia latały.

— Śmierć! męka! niedola! choroba! czy ten chłopiec zwaryował dzisiaj? Co on plecie!