— Cierpieć nie mogę, moja Ambrożowa, kiedy biedni ludzie sobą samymi poniewierają! Jezus, Marya! I cóż to ważnego, że Ignaś z nami przy stole siedzi? Czy on złodziej, albo inny jaki zbrodniarz? Zginienie zdrowia i życia! Toż ty, jako matka, najlepiej wiesz o tem, że nic on nigdy nie ukradł i nic złego nie zrobił. A że on biedny... Jezus, Marya! i my biedni. To i cóż? Wstydu to nie robi... Są na świecie nieszczęścia daleko od biedy gorsze!...
Wargi jej zadrżały i ponuro schmurzyły się oczy; w serce ukłóło ją znowu nieszczęście, daleko gorsze od biedy.
Lecz Aleksander, szklankę po wypitem piwie ze stukiem na stole stawiając, zawołał:
— Świętą prawdę babunia powiedziała, jak Boga kocham! W tem cała rzecz, ażeby biedni ludzie sami sobą nie poniewierali! Ani to wstyd, ani nawet nieszczęście żadne biednym być, trzeba tylko i sobie, i ludziom pokazać, że biedny człowiek to jednak człowiek, który rady sobie dać umie i jak niepotrzebna pokrzywa na tym świecie nie wyrasta. Że się tam trochę głodu lub chłodu, lub zbytecznej fatygi doświadczy, — głupstwo! Ale swojemi tylko dwiema rękoma w lesie tego życia drogę sobie wyrąbać, — to radość! A biednym będąc, pokazać sobie i ludziom, że się coś umie i znaczy, i robi, — wielka do tego ochota bierze! Takie jest moje zdanie, jak Boga kocham! Głowy w górę, ręce do roboty i śmiało ludziom w oczy patrzeć! Prawda Stasiu?
— Prawda, jak Boga kocham, prawda! Ty Olesiu zawsze masz racyę! — z zapałem potwierdził Stanisław.
A Szyszkowa, znowu uspokojona i nawet zadowolona, mówić zaczęła:
— Masz racyę, Olesiu, Jezus, Marya, masz racyę! My, z nieboszczykiem moim mężem, nigdy bogaci nie byliśmy. Ja z niebogatego domu pochodziłam, i on także. Za młodu, doświadczaliśmy nieraz i ciężkiej biedy, potem lepiej trochę było, ale zawsze, Jezus, Marya, nie opływaliśmy w zbytkach. On pracował ciężko całemi dniami, często i nocami, a za to pensyę niewielką brał, ledwie było o czem z dziećmi przeżyć. Ale uczciwy był człowiek, jak łza czysty, samego siebie szanował i ludzie go szanowali...
Umilkła na chwilę, z rękoma skrzyżowanemi u piersi i oczyma wpatrzonemi w przestrzeń, zwolna pochylała się to w tył, to naprzód, jakby ją wywoływane wspomnienia kołysały. Po chwili zaś znieruchomiała, oczyma chmurnemi, lecz w których teraz dumne jakieś światełka błyskały, po obecnych powiodła, i dodała:
— Dzieci też po nim i po mnie poszły; pewno o żadnem z nich nikt nie powie, że cokolwiek niepoczciwego popełniło!
Aleksander nagle twarz nisko nad talerzem pochylił, Stanisław ręce z nożem i widelcem w powietrzu zawiesił i usta nieco otworzył, Jadwiga niespokojnie poruszyła się na krześle. Wtem nagle, we drzwiach przepierzenia cieniutki głos Ambrożowej zadzwonił.