Teraz ogarnął ich nieledwie szał tańca i śmiechu. Uciecha z rzadkiej zabawy przemieniała ją prawie w dziecinną swawolę. Wszyscy tancerze obtańcowali już z kolei wszystkie tancerki, które w rzadkich przestankach, bez tchu nieledwie, chustkami od nosa wachlowały się i pot z twarzy ocierały. Nareszcie Aleksander z Jadwigą, dla wywinięcia się może ze ściskających dwóch par innych wpadł za przepierzenie; tu uderzył się z jednej strony o Ambrożową, a z drugiej o jej syna, którzy śpiesznie do kuchenki wpadli, i parę razy jeszcze, w tym prawie ciemnym pokoiku, tancerkę swoją okręciwszy, nagle, przy samym owym kuferku, z całej siły ją objął i w ramionach jego zamkniętą, w usta i oczy całować zaczął. Temu uściśnieniu i tym pocałunkom nie broniła się ona o! nie broniła się wcale; a jeżeli wówczas, o szarej godzinie, czuła to tylko, że przestaje być zatrutą jadem życia i że z niej spada nieszczęście samotności, teraz uczuła, że jest młodą, rozkochaną i nad miarę wszelkiego słowa szczęśliwą. Jakby wypiła mocnego trunku, tak upojoną była; szary cień pokoiku kłębił się jej przed oczyma, obie ręce zarzuciła mu na szyję, do piersi jego przylgnęła i po wiele, wiele razy oddała mu jego pocałunki.

Nie mówili do siebie nic, i nim mieli czas cokolwiek sobie powiedzieć, tuż prawie przy sobie usłyszeli szelest bardzo cichych kroków, i ujrzeli przesuwającą się postać, która w zmroku, napełniającym pokoik, wyglądała, jak czarne widmo. Była niem Szyszkowa. Szła powoli, zgarbiona, mniemając, że jest samą, bo w myślach zatopiona nieobecności młodej pary pośród tańczących nie spostrzegła, tu zaś w szarym zmroku byli oni dla niej niewidzialnymi.

Uszła tak kilka kroków, i nagle z łoskotem kolan o podłogę uderzających, u łóżka swego na klęczki upadła. Zarazem z piersi jej wychodzić zaczęły tłumione, przeciągłe jęki i westchnienia do łkań podobne.

— Mama! — szepnęła do Aleksandra Jadwiga.

Szyszkowa, jakby z twardego snu obudzona, krzyknęła:

— Kto tu?

— Ja, mamo...

I przygarnęła się do matki, a usiłując podnieść ją z klęczek, z prośbą w głosie zaczęła:

— Niech mama tak nie rozpacza, moja kocha...

Nie dokończyła, bo czarna w zmroku postać popędliwie porwała się z ziemi i odtrąciła ją z taką siłą, że byłaby upadła na kuferek, gdyby jej Aleksander nie podtrzymał. Zarazem, szept gwałtowny, świszczący, zjadliwy, mówić zaczął: