— Zrywaj się, czy nie zrywaj — krzyczała Szyszkowa, — a sama winna jesteś, że Jezus, Marya, na koszu osiądziesz... Dwadzieścia pięć lat już panience, a panienka jeszcze fumy stroi... kiedy poczciwy chłopiec, który nią zajął się, odjeżdża, ona stoi, jak martwy kołek, i ani jednego miłego słowa do niego nie piśnie... Myślałaś może, że ja tego nie widziałam, nie uważałam... oho! plaga egipska!...
— Nie mogę tak myśleć, bo mi to mama już wiele razy powtarzała...
— No, więc dlaczegóż tak zrobiłaś? Jezus, Marya! zginienie zdrowia i życia, jakie głupstwo do głowy ci przyszło?
Jadwiga twarz podniosła, oczy jej ostro błysnęły.
— To do mnie tylko należy! — zawołała.
Ale Szyszkowa poprostu już w furyę wpadła.
— No, to i ciesz się! — krzyczała, — no to i zobaczysz go, jak swoje ucho bez lustra! Pojechał i jasnej panience zyg, zyg marchewka, pokazał, zyg, zyg, marchewka...
Jadwiga obie dłonie do serca przycisnęła i była bardzo blada.
— Niech mama przestanie... moja mamo, niech mama o tem nie mówi...
Ale do ciemnej twarzy Szyszkowej krew nabiegła; gniewna zachwiała się na nogach.