Ruchla głowę podniosła, i dwie Żydówki ruchami głów pożałowanie okazując, zaszwargotały z sobą.

Wtem, z otwartego okna Jadwigi wychyliła się Michałowa.

— Moja Ruchlo — zawołała, — zróbcie cokolwiek, ażeby wasze dzieci tak nie hałasowały! Tu kobieta może umiera, a te bębny wrzeszczą, jak opętane!

— Git! zaraz! nu, ja im dam!

I ku gromadzie żydowskich dzieci się zwróciła; jednocześnie zaś kramarka z otwartego okna ku swoim dzieciom aż siedem żydowskich imion wykrzykiwać zaczęła, wołając, aby były cicho i do domu szły.

Ale niełatwa była to sprawa rozhukaną tę trzódkę zapędzić do owczarni. Więc Ruchla, w jedną i drugą stronę pośród nich biegała, jedne szturchańcami obdarzając, inne łając, inne nakoniec prosząc; a gdy to czyniła, ruchy jej były zupełnie tak samo żywe, gibkie, do baletniczych podobne, a oczy spłakane tak samo gorzały, jak bywało wtedy, kiedy osoby ze zwojem materyi w ręku do swego męża krawca zapraszała.

Nagle zatrzymała się i, na gromadę chrześciańskich dzieci spoglądając, zawołała:

— Nu, a co to pomoże, że te przestaną, kiedy tamte hałasują! Niech pani Jerzowa powie tamtym, żeby one nie hałasowały! One nie do mnie należą, ja im nic kazać nie mogę! Niech pani Jerzowa każe!

Pani Jerzowa do mieszkania Jadwigi już dążąca, przystanęła, popatrzała, i pędem ku drugiej wrzaskliwej gromadzie się rzuciła. Było tam czworo jej własnych dzieci. Ruchla na swoje, a ona na swoje, krzyczały; — i obie te kobiety, zarówno prawie brudne, zarówno w przydeptanych i z nóg opadających pantoflach, jedna z rozczochraną jak fura siana, druga z oblepioną czarnym perkalem głową, ciszę na dziedzińcu czynić usiłowały.

Jakkolwiek przecież zmniejszały się stopniowo dziecinne hałasy, cisza do tego ludnego kotła zlecieć nie chciała. Wieść o zaszłem nagle w jednej z przegródek jego nieszczęściu, była ostrą kroplą, która wpadła do gotującej się w nim nieustannie codziennej strawy, i wywołała na wierzch odpryski przerażenia, współczucia i ciekawości. Tu i ówdzie przez otwarte okna wychylały się ciekawe głowy męskie i kobiece, — kobiety szczególniej zbiegały ze wschodów, wychodziły przede drzwi mieszkań, i patrząc w stronę mieszkania Jadwigi, zcicha lub głośno z sobą rozmawiały. Wielu z nich miało w sercu i uszach wieczne adagio ludzkich żywotów: „Co dziś tobie, jutro mnie!” dla wielu nagła choroba jednej starej kobiety była takim samym, jak kręcenie się trzech par tancerzy za oświetlonem oknem, ciekawym i porywającym, bo nowe wrażenie dającym teatrem.