Mała staruszka niespokojnie poruszyła się na swéj skrzyni, i przelęknionym czegoś wzrokiem spojrzała na dziecko.
— A Bóg że go wié, moja droga, Bóg tylko wié, kto to był taki, — mówiła z pomieszaniem niezmierném; potém, namyśliwszy się nieco, dodała — wielki ptak, ten zapewne, który malutkie dzieci po świecie roznosi...
Julianka zdawała się głęboko przez chwilę namyślać, potém zapytała znowu:
— A dlaczegóż ten ptak nie zaniósł mię do pani Jakóbowéj, albo do pana rymarza, albo do kogo innego, ale tak wziął i pod bramą rzucił?
— No, no, — odpowiadała staruszka, żywo bardzo przewlekając szydełko przez oczka włóczkowe, — co ty mi tam głowę kołatasz pytaniami swemi! na co ci to wiedziéć? ot rób pończochę i ucz się pacierza. Mów: Wierzę w Boga...
— Wierzę w Boga... — szepnęło dziecko, walcząc z drutem swym, który nie chciał jakoś wchodzić w zbyt ciasne oczko pończochy.
— Wszechmogącego...
— Wszechmogącego, — powtórzyło dziecię.
— Ale ty nie rozumiész, co to znaczy... ja ci to zaraz wytłómaczę... Boga nazywamy Wszechmogącym dla tego, że on wszystko może... rozumiész?
Julianka znowu nie robiła pończochy, tylko z rękoma na kolanach i podniesioną głową, zamyślone oczy wlepiała w twarz swéj nauczycielki. Po chwili zapytywała: