— Poproszę! — odpowiedziało dziecko.
Tymczasem mrok zapadał i stara jéjmość zapalała lampkę.
— Dobrze-by było teraz herbaty napić się, — mruczała, — starym kościom zimno, i w gardle po tym słonym krupniku schnie... cóż, kiedy niéma zkąd jéj wziąć! Ktoby się był spodziewał?... No, ciemno ci już tam na ziemi pończochę robić... złóż ją, przysuń się do mnie bliżéj i ucz się pacierza; mów: Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy...
— Jako i my odpuszczamy... — powtarzało dziecko, lecz umilkło nagle, a po chwili wymówiło nieśmiało, jakby o pozwolenie prosząc:
— Pani! ja nie odpuszczę!
— Czego nie odpuścisz? komu? z zadziwieniem w głosie, pytała staruszka.
— Nie odpuszczę Antkowi, — energiczniéj odpowiedziała Julianka, a oczy jéj ogniście połyskiwały w zmroku.
— Pfe! to nieładnie! taka zawziętość w dziecku! wstydź się! Antek urwis i łotr, ale odpuścić mu trzeba, bo Pan Bóg tak kazał. Odpuść mi zaraz Antkowi! cóż? odpuszczasz?
Dziecko milczało chwilę; potém zawołało nagle i gwałtownie:
— Nie odpuszczę! nie odpuszczę! nie odpuszczę! tak mi Boże dopomóż! żebym tak na świat patrzała! żebym tak nie chorowała! żeby tak nieprzyjaciele moi poumierali! nie odpuszczę! Kiedy zrobię się bardzo silna, złapię go i wytłukę... ot tak, jak pan Jakób żonę tłucze... Żeby jemu Pan Bóg nie odpuścił... żeby jego...