— Zmów pacierz na intencyą oczu moich... Panu Bogu miłe modlitwy dziecięce...

Siadywała wciąż wieczorami na skrzynce swéj aż do chwili, w któréj zegar kościelny wybijał jedenastą, lecz nie pracowała tak pilnie, jak dotąd; owszem, często bardzo opuszczała ręce na kolana i, z za okularów patrząc kędyś daleko, daleko w przestrzeń, zamyślała się tak bardzo, że nawet nic do siebie nie mówiła, a zmarszczki czoła jéj zbiegały się wszystkie w jedno miejsce i nieruchomą chmurą wisiały nad małą, wyschłą twarzą.

Bywało, że po dni kilka nie miewała już mleka i nie chodziła do miasta na obiad. Posyłała wtedy Juliankę do Złotki po dwa obwarzanki. Złotka, zamiast dwóch, dawała trzy, które potém stara maczała w wodzie, dawała dziecku i sama jadła.

Raz Julianka usłyszała ją szemrzącą:

— Nadchodzi już godzina... ot i nadchodzi już straszna godzina...

Julianka nie pytała jéj o jakiéj mówiła godzinie, bo zajęta była cała zniknięciem dnia tego z małéj izdebki łóżka i jednéj poduszki, która dotąd na niém leżała. Na miéjscu, gdzie stało ono, leżała na ziemi słoma, przykryta grubém płótném, z malutką sianem wypchaną poduszeczką u węzgłowia. Potém znikła ze ściany watowana salopka, i stołu już pod oknem nie było, a w izdebce została tylko nędzna pościel, leżąca na ziemi, wielki czarny krzyż nad nią i skrzynia pusta, naga, na któréj mała staruszka siedziała już całkiem bezczynnie, powiekami strasznie nabrzmiałemi mrugała wciąż i powtarzała: ktoby się spodziewał? ktoby się był tego spodziewał?

Pewnego ranka, dziewczyna, budząc się w kątku swym o dnia brzasku, usłyszała starą, mówiącą do siebie:

— Boże Wszechmogący! dlaczegoś pozwolił mi dożyć dnia dzisiejszego?

Wymówiła to z dziwnym jakimś wybuchem głosu, ale gdy w godzinę potém Juljanka, widząc przez okno złoty blask słońca, wychodziła cichutko z izdebki, siwa głowa nieruchomo już spoczywała na małéj poduszeczce, z zamkniętemi oczyma. Dzień jesienny szybko przeminął. O zmroku Juljanka, po kilkogodzinném błądzeniu śród ścieżek podwórza i ścian starego gmachu, otworzyła drzwi izdebki, aby, jak zwykle bywało, wsunąć się do niéj i usiąść na ziemi przy nogach swéj opiekunki. Nagle cofnęła się i stanęła za progiem w postawie osłupiałéj. Cicha zazwyczaj izdebka pełną była gwaru, rozmów i grubych śmiechów. Stało w niéj kilka sprzętów, dziecku nieznanych, a pośrodku, dokoła stołu, na którym stała butelka i czarka cynowa, siedzieli trzéj mężczyźni, i przy świetle łojowéj świecy rzucali wzajem ku sobie brudne, podarte karty. Przytém palili cygara. Kłęby dymu napełniały nizką izdebkę, a z za nich, niby jedyny ślad bytności tu małéj, siwéj staruszki, niby jedyna tu po niéj pamiątka, surowym zarysem przebijał się wiszący na ścianie wielki krzyż czarny...

Julianka długo stała za progiem nieruchomo. Potém w oczach jéj kręcić się zaczęły łzy. Odeszła i, zwolna przekroczywszy bramę, stanęła na progu sklepiku Złotki.