— Julianka!
— Panie litościwy! a toż dzieciak ten na dworze, a mróz taki siarczysty! Ani chybi, trup z niéj jutro będzie. Anka, otwórz-no!
Odsunęła się zasuwka z wewnątrz i otworzyły się drzwi ciemnéj izby. Z kąta ozwał się zaspany i burkliwy głos Antka:
— Puszczajcie, matulu, podrzutka do chaty! puszczajcie! a jak ten przyjdzie, to co będzie? a?
Praczka nic nie odpowiedziała, ale Anka zakrzyczała z gniewem:
— Już ty, Antek, milcz tylko! a oczy stul i śpij! jeżeli ojciec nadejdzie, to ja ją przed nim schowam!...
— Ciekawym gdzie? Za miotłę nie wlezie już! wielka zrobiła się!
Anka, nie odpowiadając nic, wzięła dziecko za rękę i przyprowadziła je do siennika swego:
— No, połóż się, a ja przy tobie!
Przez chwilę cicho było w izbie, potém śród ciemności ozwał się głos Anki: