— Daj Boże! ja pannie dobrze życzę, tylko nie spodziewam się, żeby tak zaraz dużo lekcyi było... U nas w mieście, strach co guwernantek jest...
Szczupła kobieta ze zwiędłém czołem i jasnemi włosy, głos miała cichy i mile wpadający w ucho. Rozmawiając z żydówką, oglądała się wciąż i przelotne spójrzenia rzucała na siedzącą u progu Juliankę. Przytém oczy jéj mglić się zaczęły szczególném zmieszaniem.
— Czyje to dziecko? — zapytała ciszéj jeszcze, niż zwykle.
Złotka powtórzyła zwykłą swą odpowiedź:
— Wszystkich.
— Wszystkich?
— Nu, niczyje.
Cipa, lejąca naftę w małe blaszane naczynie, wmieszała się do rozmowy:
— To podrzutek jest! znajda!
— Podrzutek! — zawołała, krzyknęła prawie, kobieta, i rumieniec oblał bladą twarz jéj, aż po lniane włosy. Powściągnęła się jednak i dość obojętnie zapytała: