— Trzeba jednak, trzeba koniecznie, ażebyć nigdy nikomu nie mówiła ani słowa o tém, o czém rozmawiać z sobą będziemy, i jaką ja będę dla ciebie... rozumiész, Julianko?
Dziewczynka twierdząco skinęła głową.
— Nie mów téż nikomu o tém, że ja cię całowałam i pieściłam, pamiętaj nie mów! i jeżeli czasem ja wymówię coś takiego... coś takiego... no! cokolwiek-bym kiedy przy tobie mówiła do ciebie, albo do siebie saméj, albo przez sen... ty nikomu tego nie powtarzaj... rozumiész mię, moje dziecko? nikomu ani słowa! Nie mów téż przed nikim, że ja cię czasem mojém dzieckiem nazywam....
Tu umilkła na chwilę. Można-by myśléć, że głosu jéj zabrakło. Spokojną jednak wydawała się wciąż, i nawet trochę surową.
— Pamiętaj, ażebyś mię słuchała, bo jeśli nie posłuchasz, zgubisz... zrobisz mi wiele złego, a i sobie także. Cóż? będziesz mię słuchała?
— Będę, pani, — odparło dziecię, które słuchało ją ze zdziwieniem, lecz i z uwagą.
— Słuchaj mię! ja ci za to sukienkę nową i ciepłą uszyję, trzewiczki kupię, obiad co dzień dam i pięknych różnych rzeczy uczyć cię będę... A pacierz ty umiész?
— Umiem. Stara pani nauczyła...
— Panie! odpłać jéj! Panie! opiekuj się nią! Panie! daj jéj rok szczęśliwy za każdy wyraz pacierza... — spiesznie i drżącemi wargami zaszeptała kobieta.
— A robotę ty jaką umiesz robić?