Dziecko przybliżyło się z wolna i nieśmiało trochę pocałowało ją w rękę. Wyraz uradowania znikł z twarzy kobiety.
— Jaka obojętna! — szepnęła.
Zapaliwszy lampkę, rzekła:
— Chodź, nauczę cię samowar nastawiać!
A do siebie szepnęła:
— Sama podobno nie bardzo umiem to robić...
Przy końcu wieczora panna Janina, zsuwając z kolan dziecko, z którém rozmawiała przez wieczór cały, rzekła:
— Nocować u mnie nie możesz, bo ludzie powiedzieli-by, że ja cię zupełnie do siebie wzięłam, i mogli-by wpaść na domysł... mogli-by mi co złego zrobić. Dnie przepędzać będziesz u mnie, spać ci trzeba gdzieindziéj... a nawet powiész ludziom, że ja cię na noc nie przyjmuje dla tego... dla tego, że u mnie ciasno, i że... każę tobie co wieczór iść sobie gdzieindziéj!... pamiętaj, powiédz im to... Ale gdzie sypiać będziesz?
Myślała długo nad pytaniem tém i, wziąwszy lampkę, poszła oglądać puste piętro gmachu. Znalazła tam kątek jakiś, osłoniony wystającym murem od wiatru, wnikającego przez pusty otwór okna.
— Tu ci urządzę pościółkę! — rzekła.