W miarę jak chłopak mówił, Julianka piąstki swe ściskała. Zdawało się, że tuż, tuż rzuci się ku niemu. Nie uczyniła jednak tego, pochyliła się tylko i, otworzywszy usta w całéj ich szerokości, ukazała mu język. Téj zemsty odmówić już sobie nie mogła. Wykonała ją, ale wykonawszy, zlękła się zarazem, i pędem puściła się na schody gmachu, ku pokojowi panny Janiny.
Antek i inne dzieci gonić ją chciały, ale śmiałości im zabrakło. Nie śmiały napastować mieszkania guwernantki, którą mieszkańcy dziedzińca instynktowo uważali za coś wyższego od siebie. Imponował im może kapelusz, który nosiła, kanarek, wiszący w oknie, a może i coś innego jeszcze.
— Dzieci uczy, — mówili o niéj, — edukacyą miéć musi, i taka jakaś delikatna!
Co do edukacyi téj, posiadanéj przez szczupłą, bladą guwernantkę, żydówka, Złotka, miała o niéj wiadomości pewne, z własnych jéj ust zaczerpane. Raz panna Janina weszła do sklepiku i, kupując znowu małą ilość cukru i nafty, zapytała Złotkę:
— A cóż, moja kupcowo, nie masz tam dla mnie dobréj jakiéj nowiny?
Złotka przecząco wstrząsnęła głową.
— Pytałam się u różnych ludzi, — rzekła, — starałam się, ale nie potrzebują... strach, co teraz guwernantek u nas w mieście... więcéj niż dzieci... A czy pannie mało tych lekcyi, co panna ma?
— Bardzo mało, moja kupcowo. Żyć niéma z czego... tanio mi płacą.
— A dla czego oni tanio płacą? ja wiem, że guwernantki czasem bardzo drogo biorą za tę naukę, co ją w głowie swojéj mają...
Panna Janina wpatrywała się znowu w różnobarwne paczki cygar, okrywające przeciwległą ścianę.