Panna Janina poszła na miasto i długo nie wracała, gdy zaś o zapadającym zmroku wróciła, znalazła w pokoju swym niecierpliwie oczekującą jéj Juliankę. Ze sposobu, w jaki dziewczynka rozpostarła ramiona swe i poskoczyła ku wchodzącéj, ze srebrnego, radośnego wykrzyku jéj i pocałunków, któremi okryła jéj ręce, poznać można było, że dziecko to wiedziało już teraz, co to jest — kochać. Prowadząc milczącą kobietę ku kanapce, Julianka szczebiotała. Czy kobieta słuchała szczebiotu dziecka, trudno było odgadnąć. Twarz jéj rysowała się na tle zmroku, jak blada i nieruchoma rzeźba z marmuru; milczała, jak grób. W pokoju robiło się coraz ciemniéj.
— Może lampę zapalić? — szczebiotało dziecię — ja umiem już zapalić lampę.
Zamiast odpowiedzi, kobieta pochyliła się, wzięła dziecko w ramiona i posadziła je na swych kolanach.
— Julianko! — szepnęła.
— Co, pani? — wesoło zapytało dziecię.
— Posłuchaj mnie; mówić ci będę o rzeczach ważnych i smutnych.
Julianka spoważniała i widać było w zmroku, jak błyszczące oczy dziecka wpatrzyły się uważnie w bladą twarz kobiecą.
— Będę ci mówić o twojéj matce — szeptała kobieta.
— O matce? — z akcentem zdziwienia zapytało dziecko.
Kobieta ciężkim, zdławionym szeptem, mówiła daléj: