— Z nią jedną mówiłam często o tem wszystkiem, z nią jedną...
Poczem zaczęła opowiadać:
— Wkrótce skończy się trzy lata. W taki piękny zimowy dzień... Śniegu było pełno na ziemi, na drzewach, na dachach... słońce świeciło... Kiedy to już stało się, prosiłam wszystkich, aby zostawili mię przy niej samą jedną, ale długo nie chcieli, dopóki prosiłam, nie chcieli. Stłoczyli się wkoło mnie i pocieszali, a mnie od tego ich pocieszania chciało się przez okno wyskoczyć. Więc zaczęłam krzyczeć, że jeżeli nie pójdą sobie i nie zostawią mię przy niej samą jedną, wyskoczę przez okno, albo otruję się, czy cokolwiek podobnego... Wtedy powychodzili wszyscy. Bo z ludźmi zawsze tak: dopóki ich lubić, pieścić, prosić, wszystko nie po twojemu, ale po swojemu robić będą; dopiero jak w złość wpadniesz, krzykniesz, odepchniesz, zaczną łasić się i dogadzać...
— Ciemny pogląd na ludzi! — zauważyłem.
Z pod długich powiek rzuciła na mnie wejrzenie, w którem, nie po raz pierwszy już, spostrzegłem błysk ironii.
— A pan myśli, że to są jasne anioły? — zapytała.
I ręką w długiej rękawiczce uczyniła gest lekceważący.
— Bóg z nimi!
Zamyśliła się, ze spuszczonemi powiekami milczała, ale ja pragnąłem dalszego ciągu opowiadania:
— Dlaczegóż pani chciała koniecznie pozostać tam... samą jedną?