Ona, ona sama pchnęła go tam, kędy się znajduje.

Pomyślała o tem po raz pierwszy i myśl ta przeszywać ją poczęła od stóp do głowy błyskawicami nieznanej męki. Ona sama... ona sama... z jej przyczyny...

Nie myślała, że z jej winy, nie. Istniały w duszy jej ołtarze, któremi nawet wicher męki zachwiać nie mógł! Nawet wśród męki wiedziała i czuła, że dziecko swe wiodła ku ołtarzom świętym.

Lecz, przeszyło ją od stóp do głowy zapytanie: czy wiodła je drogą dobrą? Bo są różne; znała je i nad każdą z nich samotnie lub razem z nim nieraz myślała. A jeżeli omyliła się, jeżeli omylili się oboje? Jeżeli ofiara była ołtarzowi niepotrzebną, lub... kto wie... niemiłą, szkodliwą... Bo i tak utrzymują niektórzy...

— «Póki męczeństwo nie pewnią zwycięstwa,

Twem dobrem tylko, a nie człowieczeństwa,

Unikaj męczeństwa!»

Jeżeli rozminęła się z tym drogowskazem i dziecko jej poszło za nią na drogę błędną, aby zginąć dla „swego dobra tylko”... O, krwawe dobro!

O, głowo najdroższa, stojąca w ogniu męczeństwa, może — nadaremnego!

Teraz już nie siedziała, lecz leżała na sprzęcie, nad którym w wazonie kryształowym wznosił się pęk złocistych chryzantem, z twarzą ukrytą w dłoniach, wstrząsana głośnemi łkaniami.