— Nie — odpowiedziała dziewczyna — mnie nie straszno, bo Przedwieczny strzeże biednych chat, co w ciemnościach stoją, a kiedy wiatry wlatują tu i jęczą, ja słucham historii tych, które opowiada zejde, i jęczenia tego nie słyszę!
Wzrok Meira, miękki i pełen litości, spoczywał na twarzy poważnego dziecka. Gołda patrzała na niego nieruchomymi oczami, które błyszczały z dala jak czarne, ogniste gwiazdy.
— Gołda! — rzekł znowu Meir. — Czy ty pamiętasz historię o rabbi Akibie?
— Ja jej do końca życia mego nie zapomnę... — odpowiedziała.
— Gołda!... Czy ty byś mogła, jak piękna Rachela, czekać czternaście lat...
— Ja bym do końca życia mego czekała...
Wymówiła to spokojnym głosem i poważnymi usty, ale wrzeciono wypadło z jej ręki, która opadła w dół jak bezwładna.
— Meir — rzekła tak cicho, że słowa jej przygłuszały nieledwie ciche szepty wieczornego wiatru — daj ty mnie obietnicę jedną! Kiedy tobie niedobrze będzie w domu dziada swego, Saula, i kiedy ty smutek na sercu swoim poczujesz, przychodź ty wtedy do domu naszego. Niech ja o każdym smutku twoim wiem i niech zejde mój pociesza ciebie tymi pięknymi historiami, które on opowiadać umie!
Meir nie odpowiadał długo. Byłże to blask żółtego płomyka, który mu padał na twarz? Czoło i oczy jego były całe w ogniu.
— Gołdo! — rzekł silnym głosem. — Ja jak prorocy Izraela ręce swoje na dwoje raczej rozetnę, niż cokolwiek kiedy przeciw sercu memu zrobię!