Rzekłszy to, usiadł znowu, patrząc jednak na Leopolda spod siwych brwi, które zjeżyły się nieco.
Leopold zarumienił się do szkarłatu, rzucił papieros na ziemię i z tłumionym gniewem zgasił go nogą.
— No! Jaka tu u was grzeczność! — rzekł do Meira.
— A na co ty, Leopold, w sabat papierosy palisz?
— A ty nie palisz? — z ironią i niedowierzaniem patrząc w oczy towarzyszowi zapytał gość.
— Nie palę — stanowczo odparł Meir.
— To ty chcesz dusze ludzkie z ciemnicy wyprowadzać, a wierzysz, że nie palić tytoniu w sabat to święty Zakon?
— Nie, ja w to dawno przestałem wierzyć! — równie stanowczo jak pierwej odparł Meir.
— To ty chcesz buntować ludzi przeciw wielkiemu rabinowi i kahalnym, a sam ustępujesz?...
Oczy Meira zaświeciły znowu, ale tym razem gniewnie jakoś i jakby szydersko101.