— A merder109! Rozbójnik! Ferszołtener110!
I zwracając się ku szkole swej ze ściśniętymi pięściami wołał:
— Gońcie! Łapcie! Bijcie! Kamienujcie!
Nie było jednak nikogo, kto by rozkazów tych wysłuchać i spełnić je mógł. Szkoła świeciła najpiękniejszymi pustkami. Poobalane tylko ławy i porzucane na ziemię księgi świadczyły o gwałtownie dokonanej dezercji kilkudziesięciu chłopców, którzy widząc współucznia swego wyratowanego spod pięści mistrza, a samego mistrza obalonego na ziemię i walczącego z kulawym stołem, który, acz kulawy, przygniatał go i powstać mu z upadku przeszkadzał, częścią ze strachu, częścią ze swawoli i tęsknoty za wolnością gromadnie ruszyli się z ław swych i z wrzaskiem przeraźliwym wyskoczywszy z chederu, czym kto mógł, drzwiami czy oknami, rozsypali się po miasteczku całym na kształt stada ptaków z klatki uwolnionego.
Cheder był pusty, dziedziniec szkolny był pusty i tylko na ganku bet-ha-kahołu stało poważnie ze sobą rozmawiając kilku urzędników kahalnych. Ku nim to, w podskokach przebywając dziedziniec, chwytając się obu rękami za rozczochraną głowę, krzycząc i dysząc pobiegł znieważony mędrzec, reb Mosze.
Meir tymczasem, szybko idąc, niósł w objęciu swym dziecię, po którego chudych policzkach spływały teraz wielkie łzy. Dziwna rzecz przecież! Zza łez ku twarzy Meira wzniesione oczy Lejbelego mniej były martwe i mniej idiotyczne niż zwykle, a po ustach jego drżących od płaczu pomimo przestrachu i bólu, którego doświadczył, krążył uśmiech. Uśmiechając się dziecię wybawione płakało i patrzało w twarz wybawiciela swego.
— Morejne! — szepnął po chwili Lejbele.
— Morejne! — powtórzył ciszej i nic więcej powiedzieć nie umiał.
Na rogu biednej uliczki o domkach malutkich i ciemnych Meir postawił dziecię na ziemi.
— No! — rzekł, wskazując mu widniejącą z dala chatę krawca Szmula. — Idź teraz do domu...