— Meir! — rzekł, śmiało patrząc na młodzieńca. — Ty mój dawny znajomy! Ja stryja twego Rafała woziłem, kiedy on jechał po ciebie, małego sierotę, a potem przywiozłem jego i ciebie do Szybowa.

— Ja ciebie, Jochelu, i później widywałem — rzekł Meir — ty porządnym furmanem byłeś... cztery konie miałeś...

Uśmiechnął się obrzękłymi usty teraźniejszy mieszkaniec hek-deszu.

— Nu — rzekł — to prawda! Ale mnie potem nieszczęście przytrafiło się! Ja chciałem jeden wielki interes zrobić... i ten interes mię zgubił. A jak on mię zgubił, to mnie drugie nieszczęście przytrafiło się...

— To drugie nieszczęście, Jochelu — rzekł Meir — to był grzech twój... Na co było tobie konie ze stajni puryca w nocy wyprowadzać?

Zapytany roześmiał się cynicznie.

— Jak to na co? — rzekł. — Ja chciał je sprzedać i dużo zarobić...

Szmul litościwie wstrząsał głową.

— Oj, oj! — westchnął — Jochel jest biednym, bardzo biednym człowiekiem! On trzy lata pokuty swojej w turmie odsiedział, a teraz, jak jego stamtąd wypuścili, on nie ma żadnego zarobku i musi w hek-deszu siedzieć...

Jochel ciężko westchnął znowu, ale wnet potem energicznie podniósł głowę.