— Ja przez ten tydzień wiele przeniosłem120 — szepnął kantor.

Meir nie skarżył się.

— Eliezer — rzekł — daj mi Morę Nebuchim121. Ja po tę książkę przyszedłem dziś do ciebie tak rano. Mnie tej książki bardzo teraz potrzeba!

Eliezer stał z pochyloną głową.

— U mnie tej książki nie ma już! — wyrzekł z cicha.

— A gdzież ona jest? — zapytał Meir.

— Książki tej, Meirze, którą my tutaj tyle razy czytaliśmy, z której głowy nasze piły światłość, a serca nadzieję, na całym świecie już nie ma! Ją ogień pożarł, a prochy jej na śmietnisko wyrzucono...

— Eliezer! Ty zląkłeś się i oddałeś ją na pożarcie ogniowi! — zawołał Meir.

— Moje ręce nie mogłyby popełnić takiego morderstwa; żeby nawet usta moje rozkazywały im uczynić to, one by ust moich nie posłuchały. Ale tydzień temu przyszedł tu ojciec mój i z wielkim gniewem rozkazał mi, ażebym oddał mu tę „przeklętą” książkę, którą my razem w sabat czytaliśmy na łące. Ja milczałem. On krzyczał: „Czy u ciebie jest ta książka?”, powiedziałem: „U mnie”, ale kiedy znowu zapytał się mnie: „Gdzie ona jest?”, ja milczałem. Biłby mię, ale wspominając na mój urząd w synagodze i na wielką miłość, którą lud ma dla głosu mojego, lękał się dotykać ciała mego. Zaczął tylko wszystko rozrzucać w izbie, a jak pościel rozrzucił, to i książkę znalazł. Chciał ją nieść do rabina, ale ja wtedy do nóg jemu upadłem i prosiłem, żeby on tego nie robił, bo nie pozwolono by mi za to śpiewać przed Panem i odebrano by mnie tę miłość, którą lud ma dla mnie za to śpiewanie moje. Ojciec sam tego zląkł się, bo on dumny bardzo z tego, że syn jego taki młody ma już wielki zaszczyt w synagodze, i on myśli, że za to, iż syn jego Panu śpiewa i ludowi słowa modlitwy podaje, Pan jemu powodzenie w interesach dawać będzie i grzechy jego przebaczać. Nie poniósł książki do rabina, ale ją sam w płomienie rzucił, a jak ona paliła się, śmiał się i skakał z radości...

— I ty, Eliezer, patrzałeś na to i nic nie robiłeś?... — drżącym głosem zapytał Meir.