— Dlaczego ty, Jankielu, w takie złe miejsce nas przyprowadził? — flegmatycznie zapytał potem Kalman.

— Dlaczego ty nas nie ostrzegłeś, że za tymi drzwiami może kto być i słyszeć? — gwałtownie zaszeptał Abram.

Jankiel tłumaczył się, że za drzwiami tymi była izdebka syna jego, kantora, który dla interesów zupełnie obojętny jest, wcale ich nie rozumie, a czytając zawsze i modląc się, nic wkoło siebie nie słyszy.

— Skąd ja mogłem wiedzieć, że ten przeklęty dzieciak tam był? Którędy on wszedł? Chyba przez okno, jak złodziej?

— Nu! — rzekł po chwili, namyślając się i ośmielając. — A co to szkodzi, że on słyszał? Izraelitą, jest! Naszym! On pary z ust przeciwko swoim wypuścić nie będzie śmiał!

— On może śmieć — zauważył Kalman. — Ale my na niego oko mieć będziem i jeżeli jego usta choć jedno słowo z siebie wypuszczą, zegniemy go w łęk...

Abram wstał.

— Róbcie, co chcecie — rzekł porywczo. — Ja do tego interesu należeć nie chcę...

Jankiel rzucił na niego zjadliwe spojrzenie.

— Nu — rzekł — i owszem. Dla mnie i dla Kalmana zarobek będzie większy... bo czyje ryzyko, tego i korzyść powinna być...