— Zejde! — rzekł smutnie. — Za co ty mnie łajesz? Ja nie ze swoim interesem do ciebie przyszedłem...

— A na co tobie do cudzych interesów mieszać się? — z dziwnym jakimś wahaniem się w głosie zawołał znowu starzec.

— To nie jest cudzy interes! — żywiej już odparł Meir. — Kamionker Izraelitą jest... on nasz... a na co on brzydkimi postępkami swymi duszę Izraela psuje i sławę jego przed światem plami?... Zejde! I dla ciebie interes ten cudzym nie jest! Syn twój, Abram, do interesu tego należy!

Saul podniósł się nagle z kanapy i znowu na nią opadł.

— Syn mój, Abram! — zawołał.

Potem bystrym, przenikliwym spojrzeniem przeszył twarz Meira.

— Ty nie kłamiesz?

— Ja widziałem i słyszałem... — szepnął Meir.

Saul namyślał się długą chwilę.

— Nu! — rzekł z wolna. — Ty masz prawo skarżyć się przede mną na stryja swego! On brat twego ojca i z jego postępku spaść może wielkie nieszczęście i wielka hańba na ciebie i cały ród nasz. W rodzie Ezofowiczów takich paskudnych rzeczy nigdy nie bywało i ja synowi memu zabronię do interesu tego należeć...