— Nuu!
Szymszel podniósł ramiona i ze wsuniętą w nie głową mówić zaczął:
— Nassi! Niech światłość twoja oświeci ciemności moje! Rabbi! ja wielki grzech popełniłem i serce moje drży od strachu, kiedy usta moje przed tobą grzech ten opowiedzieć mają! Nassi! Ja jestem bardzo nieszczęśliwy człowiek... żona moja, Ryfka, zgubiła duszę moją na wieki i chyba ty, rabbi, nauczysz mię, jak ja ją teraz od wielkiego grzechu tego oczyścić mam!
Zająknął się tu pokorny pokutnik i po chwili dopiero zebrał się na odwagę i siły nowe.
— Nassi! Ja i żona moja, Ryfka, i dzieci nasze siedliśmy przeszłego piątku do sabatowej uczty. Na jednym stole stała u nas misa z mięsem, a na drugim stole stał garnek z mlekiem, które żona moja, Ryfka, dla najmniejszych dzieci naszych zgotowała. Moja żona, Ryfka, czerpała mleko z garnka i łyżką nalewała je najmniejszym dzieciom na miski. A kiedy ona to robiła, u niej raz ręka zatrzęsła się i kropla mleka z łyżki upadła na te mięso, co było w misie... Aj, waj! Głupia kobieta! Co ona zrobiła! Ona mięso strefiła i zrobiła je nieczystym...
Znowu utknął w mowie swej trwożliwy Samson, a mędrzec bez najlżejszego poruszenia w postawie lub mrugnięcia okiem zapytał:
— Nu, a co ty z mięsem zrobiłeś?
Zapytany głowę swą znowu bardzo nisko pochylił i nie zmieniając postawy tej, wyjąkał:
— Rabbi! Ja z niego jadłem, i żona moja, i dzieci moje z niego jadły!
Tym razem z płomiennych oczu Todrosa posypały się iskry.