— Dlaczego on tego nie zrobi? — zawołał Meir.
— Dlatego, że on na interesach takich nie zna się — odparł Ber.
Uśmiechnął się znowu i mówił dalej:
— Żebyś ty jego spytał się, jakie jedzenie czyste jest, a jakie nieczyste, czy w sabat można świecę objaśniać i chustką do nosa biodra swoje opasywać, czy siadając do jedzenia błogosławić trzeba pierwej wino albo chleb, albo żebyś ty jego zapytał się, jak dusze ludzkie przechodzą z ciała do ciała i wiele Jehowa wypuścił z siebie sefirotów, i jak te sefiroty nazywają się, i jak układać trzeba litery imion boskich, żeby z nich słowa wielkich tajemnic ułożyły się, i kiedy nadejdzie dzień Mesjaszowy, i co w tym dniu dziać się będzie, on na te wszystkie zapytania twoje znalazłby odpowiedzi długie i uczone. Ale jak ty jemu opowiadać zaczniesz o gorzelniach, podatkach, o dworach pańskich i tych zamiarach, które na nie źli ludzie mają, on wytrzeszczy na ciebie oczy i będzie ciebie słuchał, jak słucha człowiek głuchy, bo on wszystkiego tego nie rozumie i dla niego za księgami tymi, z których on mądrość swoją czerpie, cały świat jest jako pustynia okryta ciemną nocą!...
Meir pochylił głowę.
— Ja czuję, że ty prawdę mówisz — rzekł — a jednak, żebym ja zapytał się jego: „Czy wolno jest dla własnej korzyści krzywdzić niewinnego człowieka?”.
Ber odpowiedział:
— On by ciebie zapytał się: „A kto jest ten niewinny człowiek — Izraelita czy edomita?”.
— Edomita! — echowym głosem powtórzył Meir.
Spojrzał w górę, jakby namyślał się, wzruszył ramionami, jakby czemuś dziwił się wewnętrznie, a potem zatopił wzrok w twarzy Bera.