— Czego ty tu przyszedł... — zaczął, ale głos uwiązł mu w gardle.

Młody pan za to z obojętnym na przybyłego spojrzeniem zapytał:

— A czego chcesz, mój kochany? Czy interes jaki do mnie?

— Do wielmożnego pana — odpowiedział młody człowiek głosem zniżonym prawie do szeptu.

Uczynił z wolna kilka kroków naprzód, ale Jankiel zagrodził mu sobą drogę.

— Niech wielmożny pan nie pozwoli jemu rozmawiać ze sobą! — krzyknął. — Niech wielmożny pan ust jemu otwierać nie pozwoli! To bardzo zły człowiek jest... on wtrąca się do wszystkiego...

Dziedzic Kamioński wyciągnął rękę i usunął sprzed siebie gorączkowo gestykulującego człowieczka.

— Pozwól mu mówić — rzekł. — Jeżeli ma interes jaki do mnie, czemużbym porozmawiać z nim nie miał.

Mówiąc to, patrzał uważnie na przybyłego, którego twarz o pięknych, wyrazistych rysach, bladością wzruszenia powleczona, zaciekawiła go widocznie. Przy tym obrażała go i rozśmieszała zarazem nagle powstała gwałtowność gestów i mowy Jankiela.

— Wielmożny pan mnie nie zna, ale ja wielmożnego pana znam... — zaczął przybyły cichym wciąż, ciężkim głosem.