— Kiedy ja ostatni raz w kamiońskim dworze byłem, stara pani siedziała z synem swoim na ganku i jak ja o interesie mówić zacząłem, ona do niego powiedziała: „Pamiętaj, Zygmunt, żebyś ty nikomu zboża swego nie sprzedawał, tylko Ezofowiczom, bo oni są ze wszystkich Żydów najuczciwsi i najlepiej nam sprzyjają”. A potem ona mię zapytała się: „Czy stara Frejda żyje jeszcze, a syn jej, Saul, czy zdrów i dużo już wnuków doczekał się?”. Potem patrzała ona na syna swego i powiedziała do mnie: „Panie Rafał! A ja żadnego jeszcze wnuka nie mam!”. Ja jej grzecznie pokłoniłem się i powiedziałem: „Niech wielmożna pani sto lat żyje i prawnuków doczeka się!”. Ja kłamstwa w ucho jej nie wkładałem. Ja jej szczerze tego życzyłem. A dlaczego ja bym miał jej źle życzyć?

Przestał mówić Rafał, a po chwili Saul, nie odwracając twarzy, zapytał krótko:

— Rafał! Wiele ty lat z młodym Kamiońskim handlujesz?

— Ja z nim handluję od tego czasu, jak on wyrósł i gospodarzem zrobił się... on innego kupca jak tylko mnie jedynego znać nie chce...

— Rafał! Czy ty od niego krzywdę jaką miałeś?

Rafał po namyśle chwilowym odpowiedział:

— Nie; ja od niego krzywdy żadnej nigdy nie miałem. On trochę pyszny jest, to prawda, i interesów swoich nie bardzo pilnować umie... pohulać on sobie lubi, a kiedy Izraelita kłania się jemu, on głową z wysoka kiwa i za przyjaciela swego mieć go nie chce... ale u niego serce dobre jest, a słowo rzetelne i w interesach on łatwiej skrzywdzić się da, jak sam kogo skrzywdzi...

Stojąca za mężem Sara splotła ręce i wzdychając a głową kołysząc, jęknęła:

— Aj, aj! Taki młody pan, a takie już nieszczęście na głowę jego zwaliło się!

— Taki piękny pan i z taką piękną panną żenić się miał! — zawtórowała żona Rafała.