— Czy jego będą podejrzewać? — zapytywano tu i ówdzie.
Ten i ów odpowiadał:
— Na niego żadne nie padłoby podejrzenie, gdyby Meir Ezofowicz purycowi złych myśli w głowę nie włożył...
— On zerwał jedność i przymierze izraelskiego ludu...
— On głowę brata swego niebezpieczeństwu poddał...
— A co to dziwnego? On kofrim jest... niedowiarek...
— On na reb Mosza rękę swoją śmiał podnieść...
— On z karaimską dziewczyną nieczystą przyjaźń trzyma...
I ci, co to mówili, niechętne, groźne czasem spojrzenia rzucali na okna domostwa Ezofowiczów.
Domostwo to stało dnia tego milczące i martwe jak nigdy. Okien nawet na plac wychodzących nie otworzono, choć zwykle przez wiosnę i lato całe bywały one otwieranymi tak ciągle i szeroko, że ktokolwiek by chciał tylko, mógłby od rana do wieczora patrzeć przez nie na życie licznej rodziny, która nic nigdy do ukrywania nie miała.