Saul zakrył twarz obu dłońmi. Kilka kobiet zaszlochało głośno, Rafał, Abram i inni dojrzali członkowie rodziny podnieśli się z miejsc swych rozpłomienieni, groźni i jednym głosem zawołali:
— Nieszczęsny!
Chcieli otoczyć go i mówić coś do niego, ale nie mieli czasu, rozwarły się bowiem z trzaskiem wielkim okiennice z zewnątrz zamknięte, zadzwoniły i w drobne odłamy posypały się szyby okien, kilkanaście kamieni wpadło do izby, uderzając ze stukiem w ściany i sprzęty, a za oknami zakipiała wrzawa namiętna, groźna, śród której najgroźniejszy i najnamiętniejszy brzmiał gruby głos mełameda. Dopominano się o Meira i o pisanie Seniora, łajano ród cały, domostwo to zamieszkujący, odgrażano się pomstą boską i ludzką, krzyczano na znieważenie Zakonu i bluźnienie rzeczom dla Izraela świętym.
Ezofowiczowie stali jak przykuci do miejsc swych, strachem, żalem i wstydem zdjęci.
Saul tylko odkrył twarz, wyprostował się dumnie i krokiem szybkim zmierzać zaczął ku drzwiom...
— Tate! Gdzie ty idziesz? — z przestrachem krzyknęli za nim mężczyźni i kobiety.
Wyciągnął ku oknom wskazujący palec i drżącymi ustami rzekł:
— Stanę na ganku domu mego i powiem głupiej zgrai tej, żeby milczała i szła precz!
Zastąpiono mu drogę. Kobiety oplotły ramionami kolana jego.
— Oni cię zabiją! — jęczano.