— Jednak... dobry on był i miłosierny...

— On dumny nie był...

— On głupie dziecko moje karmił i całował...

— On starego ojca mego spod woza, który na niego przewrócił się, rękami swymi wydobył...

— On nam jak prosty robotnik drzewo piłować pomagał...

— Twarz jego świeciła pięknością i rozumem...

— I cieszyły się wszystkie oczy, które na młodość jego patrzały...

— Herem! herem! herem! — powtarzało ust mnóstwo. Przy tym głowy kołysały się w podziwie, twarze bladły od grozy, a z piersi wychodziły westchnienia...

*

Na pustych gruntach rozdzielających miasteczko z karaimskim wzgórzem, po srebrnym tle księżycowego światła sunęły się szybko cienie trzech ludzkich postaci. Pierwszy z nich należał do wysokiego, kształtnego młodzieńca, drugi — do dziecka trzymającego ręce w rękawach odzieży; dwa cienie te znajdowały się tak blisko siebie, że łączyły się z sobą niekiedy, ale cień trzeci, rysujący kształty człowieka niskiego i krępego, sunął się z dala od dwóch pierwszych, przystawał, garbił się, a chwilami znikał całkiem za płotem jakimś, krzakiem lub drzewem. Przystawanie to i ukrywania się objawiało ostrożność człowieka, który spostrzeżonym zostać nie chciał. Podpatrywanie to było jakieś, podsłuchiwanie, czyhanie na coś lub na kogoś...