Dziewczyna, która stała teraz wyprostowana już, poważna i uważna, odpowiedziała:
— Daj!
W ręku Meira zaszeleściły arkusze papieru. Podawał je dziewczynie mówiąc:
— Schowaj ty to na pierś swoją i strzeż skarbu mego jak źrenicy swojej. To przedśmiertne pisanie przodka mego, które zdjęło do reszty ślepotę z oczu moich. To paszport mój, z którym ja pójdę w świat i który przede mną drzwi i serca mądrych ludzi otworzy. Tu cicho i bezpiecznie... nikt nie widzi i nie domyśli się... jak ja w świat iść będę, wtedy pisanie to od ciebie wezmę...
Gołda wzięła podawany jej przedmiot.
— Bądź ty spokojny o skarb swój! — rzekła. — Prędzej ja rozstanę się z życiem, niż go w ręce inne jak w twoje oddam. U mnie on bezpieczny... tu cicho i nikt nie domyśli się...
Meir wstał z ławy.
— Śpij spokojnie! — rzekł. — Ja pójdę... We mnie szumi taka burza płaczu... że ja muszę iść... iść... iść... Pójdę ja... pomiędzy drzewami leśnymi twarzą na ziemię padnę i z wiatrami, które tam szumią, posyłać będę Jehowie głośne krzyki moje... Ja muszę przed Nim skarżyć się... muszę Jego błagać... muszę o wiele rzeczy jego zapytywać się... Pełną jest pierś moja krzyków mojej duszy... ja muszę je z siebie wydać... bo one za gardło mię chwytają i duszą...
Chciał odejść, ale pochwyciła go Gołda za rękaw odzieży.
— Meir! — zaszeptała. — Powiedz ty mi jeszcze... co tam stało się?... Za co ciebie ludzie bili i kaleczyli? Dlaczego ty w świat musisz iść?