— Nassi! Pisanie to nie jest już w rękach jego!...

— A gdzie ono jest? — nie odwracając twarzy, lecz podniesionym głosem zawołał Todros.

— Rabbi! Ja przed obliczem twoim nie śmiałbym stanąć, gdybym nie wiedział, co z nim stało się... Ja szedłem za nim... cała dusza moja weszła w oczy i uszy moje... ja widziałem, jak on pisanie to karaimskiej dziewczynie do schowania dawał, i słyszałem, jak on je skarbem swoim nazywał... On mówił, że to paszport jest, z którym on w świat pójdzie i który przed nim serca ludzkie otwierać będzie...

Todros drgnął.

— To jest prawda! To jest prawda! — zaszeptał gwałtownie. — Pisanie to będzie mu tarczą i orężem, o które stępią się narzędzia pomsty naszej... Mosze!... — dodał podniesionym głosem. — Obrzydliwość tę trzeba z rąk karaimskiej dziewczyny wydrzeć...

Mełamed przypełzł do samych kolan mistrza i podnosząc ku niemu twarz wyrzekł z cicha:

— Rabbi! Dziewczyna ta powiedziała, że prędzej pozwoli sobie wydrzeć życie swoje niż to pisanie...

Todros milczał chwilę, potem wymówił:

— Pisanie to trzeba z rąk jej wydrzeć...

Mełamed długo milczał i myślał.