— A masz ty tę książkę, Eliezer?

— Mam!

— A skąd ty ją masz?

— Dał mi ją jeden Izraelita, który tam w wielkim mieście jest wielkim adwokatem.

— Eliezer, przeczytaj nam co z tej książki!

W taki to sposób naiwnym umysłom tym, mimowiednie tęskniącym za słońcem wiedzy i szerokim łonem całej ludzkości, objawiał się cząstkowo i chaotycznie świat wirujących po szerokich przestworzach zjawisk i myśli. Nie wyrabiały się z tego stałe przekonania żadne, nie wysnuwała się jasno przewodnia nić innego, lepszego życia, ale w sumienia wchodziły wątpliwości, w piersi pragnienia, młode oczy przesłaniały się smutkiem myśli poczynającej czuć swe kajdany.

Późno już było, gdy po długiej rozmowie młodzieńcy powstali z siedzeń swych i stanęli naprzeciw siebie z pobladłymi twarzami i gorejącym wzrokiem. Po chwilowym milczeniu Meir ozwał się:

— Eliezerze! Czy my nigdy wielkim głosem nie krzykniem do ludu, aby rozejrzał się i przejrzał? Czy my zawsze gnić będziemy jak robaki przysypane ziemią i patrzeć, jak lud cały dusi się i gnije?

Eliezer spuścił ku ziemi łzawe swe oczy, wzniósł w górę białe ręce i harmonijnym głosem swym wyrzekł:

— Ja za lud mój co dzień śpiewam i płaczę przed Panem!