— Pozdrawiający mędrca pozdrawia wspaniałość Przedwiecznego! — wymówił.
— Pozdrawiający mędrca pozdrawia... — powtarzać zaczął za Saulem chór głosów męskich i żeńskich. Ale w tejże chwili Izaak Todros podniósł nieco w górę wskazujący palec, strzelił dokoła pałającą swą źrenicą i syknął:
— Szaaa!
W izbie zrobiła się cisza grobowa.
Palec gościa zatoczył szerokie koło, wskazując tym cały szereg postaci stojących pod ścianami.
— Weg! (precz) — zawołał podniesionym głosem.
W izbie zaszeleściły suknie i szybkie stąpania, zamigotały zmartwione i przelęknione twarze; tłocząc się wcisnęli się wszyscy obecni w drzwi prowadzące do wnętrza mieszkania i zniknęli.
W pustej zupełnie izbie pozostali tylko dwaj ludzie: srebrnowłosy, barczysty patriarcha i suchy, ognistooki mędrzec.
Kiedy mędrzec krótkim rozkazem i nakazującym gestem odpędzał od obliczności swej rodzinę jego, synów siwiejących, córki poważne i urodziwe dziewice, siwe brwi Saula drgnęły i zjeżyły się znowu na chwilę. Zawrzała znać w nim duma rodowa i ojcowska.
— Rabbi! — rzekł przyciszonym nieco głosem i z mniej niskim niż wprzódy ukłonem. — Racz zająć pod dachem moim miejsce, które ci się najwygodniejszym wydaje.