Szmul obu już rękami chwycił za jarmułkę.

— Oj! Biedna moja głowa! — jęknął. — Morejne! Co ty na mnie powiedziałeś! Usta twoje bardzo brzydką rzecz na mnie powiedziały!

— Rafał, stryj mój, Ber i żony ich przestali tobie dawać robotę, bo ty im materii dużo odcinał i sobie brał — ze smutkiem bardziej niż z surowością rzekł Meir.

Szmul podskoczył, schylił się ku ziemi, potem znów podskoczył i zawołał:

— Nu, prawda! Morejne! Ja otworzę serce moje przed tobą! Ja kawałki materii odcinał i sobie brał... A dlaczego ja to robił? Bo moje dzieci były gołe! Ja je nimi okrywał! I jak moja ślepa matka chora leżała, ja je sprzedał i mięsa kawałek dla niej kupił... Morejne! Niech twoje oko ze złością na mnie nie patrzy! Żebym ja był taki bogaty jak reb Jankiel i morejne Kalman, żebym ja tyle pieniędzy miał, ile oni ich biorą dla siebie z pracy naszych rąk i z potu naszego czoła, ja bym nie kradł.

— A na co reb Jankiel i morejne Kalman biorą dla siebie wasze pieniądze? — z zamyśleniem zaczął Meir i chciał dalej mówić, ale Szmul wyprostował się i przerwał mu nagle:

— Nu, oni mają prawo! Oni są nad nami starsi! Co oni zrobią, to święte! Kto ich słucha, ten jakby samego Pana Boga słuchał!

Smutnie jakoś uśmiechnął się Meir i sięgnął ręką do kieszeni. Szmul ścigał ruch ten jego wzrokiem, który roziskrzył się nagle. Błyszczała w nim chciwość.

Meir położył na otwartym oknie nędznej chatki parę srebrnych monet; Szmul rzucił się ku niemu i rękę jego całował.

— Ty dobry jesteś, morejne! Ty zawsze wszystkim biednym ludziom pomagasz! Ty i nad moim głupim dzieckiem litość masz!